Recenzje gier komputerowych
recenzje gier
gta
fifa 08
recenzja

Killzone 2

gry komputerowe Killzone 2 to już trzecia odsłona słynnej serii strzelanek, która tym razem uprzyjemni rozgrywkę posiadaczom konsoli PlayStation 3. Amsterdamskiemu studiu Guerilla Games po raz kolejny udało się wynieść swój tytuł na graficzne wyżyny, ustanawiając nową jakość i wysoką poprzeczkę dla pozostałych twórców. Jednak poza idealną szatą graficzna Killzone 2 to także ujmująca fabuła, zróżnicowana architektura poszczególnych poziomów, bardzo dobre A.I. postaci niezależnych oraz solidny tryb wieloosobowy. W odróżnieniu od wydarzeń przedstawionych w poprzednich częściach, tym razem to ISA podejmuje walkę z Helghastami na ich rodzimej planecie Helghanie. Prawie dwa lata po inwazji na planetę Vekta, ISA postanawia zmienić taktykę walki i zaprzestać obrony na rzecz próby przejęcia głównej siedziby Helhastów, miasta Phyrrus oraz schwytania złego dyktatora - uczonego Visariego. W grze wcielamy się w żołnierza ISA - Seva, który wraz ze swoimi kolegami z drużyny Alpha podejmuje walkę w głąb Helghanu. Szybko można dostrzec, że nasi przeciwnicy są świetnie zorientowani w terenie, potrafią nieźle się kamuflować oraz przede wszystkim dysponują nowymi technologiami, którymi nie zawahają się dręczyć nas przez całą kampanię. Umiejętność przetrwania w tak trudnych warunkach zahartowała Helghastów i bez wątpienia uczyniła z nich naprawdę groźnych wojowników. Nie da się ukryć, że trzeba się trochę napocić, aby wykonać niektóre zadania.

Resident Evil 5

recenzje gier komputerowych To, że największą innowacją w Resident Evil 5 będzie tryb kooperacji, wiemy od prawie roku. Jednak jeśli bliżej przyjrzymy się całej serii, okazuje się, że duety nie są jej obce. Momenty, w których razem z partnerem używaliśmy dźwigni, korzystaliśmy z pomocy mniejszych towarzyszy w dotarciu do niedostępnych dla nas miejsc czy po prostu czekaliśmy, aż przyjaciel wybawi nas z takiej czy innej opresji, pojawiały się w każdej części. W tandemie działali Chris, Rebecca, Jill i Barry w RE1, Claire i Leon w RE2, Jill i Carlos w RE3, Chris i Claire w Code Veronica, Rebecca i Billy w RE0 i wreszcie Leon i Ashley w RE4. To właśnie czwarta odsłona zapoczątkowała rewolucję w serii, zrywając niemal ze wszystkimi jej znakami rozpoznawczymi. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Dzięki takiemu zabiegowi koszmar Leona uznawany jest za jedną z najlepszych gier na konsole poprzedniej generacji. A skoro „pozbawiliśmy” nową część Biohazard innowacyjnego elementu i patrzymy na nią przez pryzmat genialnego poprzednika, to czy pozostaje nam już tylko narzekać? Bynajmniej. Wydawało się, że po unicestwieniu Umbrelli, na świecie nie będzie już powodów do niepokoju. Niestety „parasolka” nie przestała eksperymentować, a produkowana przez firmę broń biologiczna znajduje się obecnie w rękach terrorystów i stwarza zagrożenie w wielu regionach świata. By temu przeciwdziałać, zostaje powołana specjalna organizacja B.S.A.A. (Bioterrorism Security Assessment Alliance). Jej członkowie wysyłani są w każdy „zapalny punkt”, a śledztwo tym razem dotyczy handlarza bronią – Ricarda Irvinga. Przynajmniej na początku gry.

Age of Conan 2009: Hyborian Adventures

Od premiery oryginalnej wersji gry minęły już niemalże dwa kwartały. To w świecie gier MMO okres wystarczająco długi, by móc pokusić się o ocenę każdego chyba tytułu. W tym wszakże wypadku sprawa jest nieco bardziej skomplikowana... ...gdyż oceniać będziemy jednocześnie mającą już osiem miesięcy grę oraz wydaną zaledwie kilka dni temu polską jej edycję. Premiera Age of Conan była w ubiegłym jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń w świecie MMO. Tytuł zapowiadany był jako niemalże rewolucja w gatunku, zarówno pod względem rozwiązań w mechanice i konstrukcji rozgrywki, jak i możliwości graficznych silnika. Szybko okazało się jednak, że wiele obiecanych elementów rozgrywki nie znalazło się w ogóle w pierwszym wydaniu gry, co w szczególności dotknęło bardzo rozbudowanych w pierwotnych założeniach treści PvP.

Dark Sector

Dark Sector na PC? Toż to zaskoczenie! Blisko rok od premiery wersji konsolowej ludzie z Digital Extremes postanowili podzielić się swoją pracą z właścicielami komputerów osobistych. Czy konwersja tytułu, który nie osiągnął sukcesu, jest aktem desperacji, czy może przemyślanym krokiem ku zagarnięciu części maniaków klawiatury i myszy? Podejrzewam, że ani jedno, ani drugie. Dark Sector nie jest pozycją, której warto budować ołtarzyk. Fabuła rozgrywki koncentruje się wokół misji Haydena Tenno, który wyrusza do postsowieckiego miasteczka w celu pojmania groźnego terrorysty. Ów czarny charakter grozi rozsianiem wyjątkowo paskudnego wirusa. W trakcie akcji bohater zostaje ranny, a następnie poddany mutacji przez tajemniczego Mezgera. Rezultatem wypadku jest wyrastające z prawej dłoni Haydena ostrze-bumerang, którym może szlachtować wrogów, odcinać kończyny czy zdobywać przedmioty na odległość (m.in. broń i amunicję). Ażeby było jeszcze ciekawiej, w trakcie rozgrywki bohater zyskuje coraz lepsze umiejętności bojowe, pozwalające efektywniej wykańczać grupy przeciwników. Mutacja ma również swoje słabe strony. Wyszkolony agent nie może korzystać dłużej ze zdobytej broni z zainstalowanym chipem, a jedynie obsługiwać pukawki zakupione u handlarza.

Madagaskar 2

Daleko, daleko stąd, na nie takiej znów małej wysepce u wybrzeży Afryki rządził sobie spokojnie zacny władca, niejaki król Julian. Dla niewtajemniczonych rzecz cała rozpoczyna się na tytułowym Madagaskarze, zaś wspomniany monarcha jest lokalnym szefem hordy lemurów... ...oraz grupy imigrantów z biednej Ameryki, a ściślej z Nowego Jorku. Mowa tu oczywiście o znanych z pierwszej części filmu oraz gry pod tymże tytułem (ino bez cyferki) ex lokatorach nowojorskiego ZOO, czyli lwie Aleksie, hipopotamicy Glorii, zebrze Martym oraz żyrafie Melmanie. Po terytorium zacnego władcy kręci się jeszcze jedna ekipa. Oddział pingwinów komandosów o niespotykanych wręcz talentach. Wprawdzie życie płynie spokojnie i bezproblemowo, lecz amerykańskie "olbrzymy" tęsknią za zgiełkiem wielkiego miasta. Jego wysokość król Julian po starannym rozważeniu wszystkich "za" i "przeciw" postanawia okazać swą wspaniałość reszcie populacji świata. Stronę techniczną zagadnienia "rozsądnie" przekazując pingwinim fachowcom. Niestety, na nieszczęście dla całej wielomiliardowej rzeszy stworzeń, którym nie dane było zaznać łaski ujrzenia najjaśniejszego oblicza - czy też raczej pyska Jego Wysokości, chałupniczo wyremontowany przez czarno-białe nieloty Air Force One musiał awaryjnie, a przy tym wielce twardo, wylądować na Czarnym Lądzie. I o przygodach całej tej wesołej gromadki w afrykańskim buszu traktuje cała ta gra, jak również jej filmowy pierwowzór.

Mirror's Edge

Kiedy wyobrażamy sobie strzelankę z widokiem z perspektywy pierwszej osoby, przeważnie mamy w głowie ustalony schemat jej projektu. Dosyć często zdarza się, że ta wizja wzbogacona zostaje o bieganie po ścieżkach i korytarzach z pistoletem w ręku oraz odpieranie ataku przeciwników blokujących nam kolejne przejścia. Z takim spojrzeniem na gatunek FPS spotykaliśmy się przez lata, ale teraz Electronic Arts, przy współpracy z producentem serii Battlefield, firmą DICE, postanowiły zmienić tę formułę wraz z wprowadzeniem na rynek nowego produktu, gry Mirror's Edge. Mirror's Edge to tytuł, który więcej zawdzięcza platformowym grom akcji, takim jak Prince of Persia czy Assassin's Creed, niż swoim "braciom", czyli strzelankom z widokiem z oczu bohatera. Większy nacisk położony został na swobodne bieganie i sztukę parkour, niż strzelanie i pojedynkowanie się z wrogami. Do dyspozycji oddane zostały nam takie sztuczki, jak bieganie po ścianach, skakanie, przeskakiwanie z dachu na dach oraz cała masa innych, które pozwolą zaprezentować naszą wyższość nad przeciwnikami. Chociaż gra nie jest idealna i posiada kilka niedociągnięć, z pewnością jest rewolucją w gatunku FPS.

GTR Evolution

Race - jak wszystkie tytuły szwedzkiego studia - jest tytułem przeznaczonym dla tych, którzy cenią sobie realizm w grach samochodowych. To właśnie na ten aspekt SimBin kładzie największy nacisk, i to niezależnie od tego, o jakiej płaszczyźnie "realności" wirtualnych zawodów mówimy. Swoje produkcje tworzą w oparciu o licencje wyścigowe, dzięki czemu możemy w nich ścigać się prawdziwymi zawodnikami, którzy w owych zawodach startują. Ale to oczywiście nie wszystko, bowiem jeździmy także faktycznymi wyścigowymi samochodami oddanymi bardzo wiernie nie tylko pod względem wizualnym, ale przede wszystkim - technicznym, ze szczególnym uwzględnieniem parametrów oraz zachowania się wozu w różnych sytuacjach. Dalej: ścigamy się na w sposób realistyczny przeniesionych do wirtualnego świata torach, z zachowaniem wszystkich zasad oraz przepisów w każdej z dostępnych lig - choć oczywiście jest to w pełni opcjonalne i możliwe do wyłączenia. Co jednak najważniejsze, model sterowania, z którym mamy do czynienia, stara się jak najlepiej odwzorowywać jazdę autem wyścigowym. Dla większości graczy podczas pierwszego uruchomienia produktu jest to swego rodzaju szok. Owszem, spodziewają się, że łatwo nie będzie, ale dopiero gdy już siedzą za kierownicą i nawet specjalnie uważają, by nie jechać zbyt szybko, a i tak wylatują na pierwszym lepszym zakręcie, uświadamiają sobie, ile przed nimi pracy. I to dosłownej pracy, która nie za wiele ma wspólnego z przyjemnym ściganiem się w PGR czy NFS, a dużo więcej ze zniechęceniem oraz zdenerwowaniem, gdy po raz któryś z rzędu wypadamy na tym samym zakręcie. Ale przecież dokładnie to kryje się pod nazwą "symulacja", a właśnie tym Race jest.

NBA 2K9

NBA Live 08 od EA Sports było grą tak kiepską, tak wtórną i tak brzydką, że studio w tym roku – bardzo słusznie – całkowicie odpuściło sobie wersję pecetową. Fani wirtualnego kosza mają jednak szczęście, bowiem autorzy, odnoszącej sukcesy na konsolach, serii – NBA 2K, zdecydowali się po raz pierwszy zaprezentować ją na komputerach osobistych. Efekt jest taki, że ich debiut okazał się rewelacją w świecie nie tylko kosza, ale i komputerowych sportówek. NBA 2K9 to najlepsza gra sportowa, w jaką kiedykolwiek grałem na swoim pececie. Przyjęło się, by o oprawie graficznej pisać pod koniec recenzji, ja dziś jednak oprę się tej regule, ale powód mam naprawdę zacny. Jestem bowiem przekonany, że każdy, absolutnie każdy gracz po odpaleniu pierwszego meczu w NBA 2K9 natychmiast wezwie imię boga swego i wszystkich możliwych świętości. Next-geny dotarły na pecety. Oprawa jest rewelacyjna, powala na ziemię, przez długie minuty nie pozwalając się z niej podnieść. Wirtualny parkiet nie różni się niczym od tego, co możemy zobaczyć w TV czy na prawdziwym meczu koszykówki. Zawodnicy w idealnym stopniu przypominają swoje rzeczywiste odpowiedniki, a na ich ciałach widoczne są tatuaże, zarost, a nawet... kropelki potu.

FlatOut: Apokalipsa

FlatOut ma dość mocną pozycję na rynku gier komputerowych. Wszystko dlatego, że tak naprawdę seria praktycznie nie ma konkurencji w kategorii zręcznościowych wyścigów o charakterze nastawionym na czystą rozrywkę oraz maksymalną "rozwałkę". Gdyby wziąć pod uwagę ogół rynku, to można byłoby zestawić ten tytuł z konsolową serią Burnout. Tym bardziej, że na początku przyszłego roku ma ona po raz pierwszy w historii zawitać na PC, pod postacią najnowszej jej części zatytułowanej Paradise. I to właśnie jej przeciwnikiem w ringu będzie recenzowany przez nas FlatOut: Ultimate Carnage, w Polsce przemianowany na FlatOut: Apokalipsa. Z Apokalipsą jest zresztą taka ciekawa sprawa, że praktycznie rzecz biorąc, jest to pecetowa konwersja Xboksowej konwersji FlatOut 2 z PC. Prawda, że zagmatwane? Innymi słowy, była sobie druga część FlatOut, którą podrasowano i jako Ultimate Carnage wydano na Xbox 360. Następnie zrobiono jej konwersję i ponownie wydano w wersji na komputery. Gdyby więc pokusić się o dodanie do tytułu numerku oznaczającego część serii, najodpowiedniejszą nazwą dla produkcji byłoby FlatOut 2 i 1/2... I nawet to mogłoby być znacznie przesadzone. Dlaczego? O tym więcej w dalszej części tekstu.

Banjo-Kazooie: Nuts & Bolts

Sezon na gry, które w gruncie rzeczy są rozbudowanymi, a przy tym niezwykle przystępnymi edytorami i w praktyce ich główną atrakcję stanowić mają twory samych graczy, trwa w najlepsze. By być bardziej konkretnym – najgłośniejszymi przedstawicielami tegoż nurtu są: pecetowe Spore oraz PS3-owe LittleBigPlanet. Pierwsza pozycja to zasadniczo edytor figurek, którymi zapełnimy świat gry, druga zaś oferuje zaawansowane opcje tworzenia poziomów i rozbudowane modyfikacje wyglądu postaci. I do tegoż właśnie zacnego grona dołączyło niedawno Banjo-Kazooie: Nuts & Bolts, które wybiera jeszcze inną drogę – w swej edycyjnej naturze stawia na pojazdy. Z Banjo-Kazooie: Nuts & Bolts wiąże się drobne zamieszanie. Otóż w przeciwieństwie do wspomnianych wyżej tytułów – nie jest to marka nowa. Narodziła się bowiem pod postacią platformówki na kultowym w wielu kręgach Nintendo 64 w latach największej świetności Rare. I przez wiele lat jej kontynuacja u wielu graczy figurowała na szczytowych miejscach list najbardziej oczekiwanych pozycji. Naturalnie – utrzymanych w takiej samej konwencji co poprzedniczki. I kiedy w końcu pojawia się upragniony następca – wychodzi na jaw, że ten platformówką zdecydowanie nie jest.



      ...poprzednie recenzje                           kolejne recenzje...


Polecamy recenzje gier na: http://gry.interia.pl, http://www.gry-online.pl, http://gry.wp.pl. Przedstawione powyżej recenzje oraz zdjęcia pochodzą z tych właśnie stron.