



Grand Theft Auto: San Andreas
Gra ta odnosi sukcesy na całym świecie. Nie tak dawno temu opublikowano informację, że w Wielkiej Brytanii gra pobiła dosłownie wszelkie dotychczasowe rekordy sprzedaży. W ciągu dziewięciu dni od daty premiery, na wyspach sprzedano ponad milion egzemplarzy San Andreas. Ten wynik osiągnięty został w rekordowym czasie, a najnowsza część GTA jest aktualnie czwartą, najlepiej sprzedającą się grą na konsolę Playstation 2 wszech czasów.
Już od momentu publikacji pierwszych informacji prasowych, San Andreas wzbudzała ogromne zainteresowanie. Wszystkie poprzednie gry z tej serii cieszyły się niewiarygodną popularnością wśród graczy i zbierały pozytywne oceny od krytyków branży gier komputerowych i wideo. Nic dziwnego, że oczekiwania wobec nowej gry były co najmniej spore i stale rosły, umiejętnie podsycane kolejnymi oficjalnymi wiadomościami i materiałami promocyjnymi od firmy Rockstar. Niektórych graczy zaskoczyła w zapowiedziach postać głównego bohatera – CJ’a, czyli Carla Johnsona, którego developerzy wykreowali na... afroamerykanina. Nie mogło być jednak inaczej! Od początku powstawania GTA:SA wiadomo było, że główną inspiracją dla producentów gry jest niesłychanie modna w dzisiejszych czasach subkultura hip-hopowa.
Dracula: Początek
Gra zaczyna się, toczy i kończy dosyć klasycznie, bo i gra nawiązuje do klasyki, czyli oryginalnej książki Brama Stokera. Ot, w Londynie grasuje tajemniczy potwór wysysający krew ze swoich ofiar. Pogromca zła wszelakiego, Van Helsing, trafia szybko na trop krwiopijcy, ten jednak kąsa wówczas w szyję niejaką Minę Harker. Van Helsing reaguje natychmiast, rozpoczynając międzykontynentalny pościg za podejrzanym w osobie hrabiego Draculi. Podczas gdy wampir planuje przy pomocy Miny przywrócić do życia swoją ukochaną sprzed lat, Van Helsing dwoi się i troi, aby przeszkodzić hrabiemu w realizacji tego romantycznego pomysłu. Na łowcy wampirów ciąży obietnica złożona ukochanemu Miny, Jonathanowi Harkerowi, w związku z czym nie może on narzekać na brak motywacji. Szkoda, że cały ten kostiumowy galimatias jest przedstawiony w mało wciągający sposób.
Call of Duty 2
Jest to kolejna gra, której akcja toczy się w czasie II wojny światowej. W grze zastosowano rozwiązania z poprzedniej części gry. Programiści nie wymyślali niczego nowego, ponieważ mogło by to popsuć bardzo dobry mechanizm rozgrywki.
Grę zaczynamy w Moskwie, jako młody rekrut Wasyli I Kozlov i trafiamy do obozu treningowego, który znajduje się w samym środku miasta. Szkolenie to pozwala nam opanować techniki posługiwania się różnymi typami broni. Ciekawe i zarazem śmieszne, jest to, że zamiast do żywych wrogów strzelamy do butelek po winie lub talerzy, a zamiast prawdziwymi granatami rzucamy ziemniakami. Po bardzo łatwym i przyjemnym treningu rozpoczyna się chaos. Okazuje się, że zaatakowali Niemcy. Od teraz możemy poczuć co to naprawdę znaczy wojna. W każdym etapie misji ciągle się coś dzieje. Są jednak niekiedy małe przerwy by ochłonąć po np. długim ostrzale wroga.
Ferrari Challenge Trofeo Pirelli
Ferrari... Każdy o nim słyszał, każdy choć raz widział je na zdjęciu i każdy chciałby wejść w posiadanie prawdziwego bolidu z czarnym rumakiem na masce. Nielicznym szczęśliwcom udaje się zrealizować te marzenia. Choćby posiadaczom konsoli PS3, którzy zainwestowali w grę Ferrari Challenge Trofeo Pirelli... To wystarczy, by pod własnym dachem ugościć ponad 50 najdoskonalszych modeli ze stajni Ferrari.
Producent gry, System 3, postanowił wycisnąć z wykupionej licencji wszystkie soki. Poza wspomnianymi pojazdami w grze pojawiły się również schematy barw, które pokrywają karoserie prawdziwych Ferrari, śmigających po prawdziwych torach. Licencja objęła też testowy tor Fiorano. Ten niewielki, acz wymagający obiekt znajduje się tuż przy fabryce włoskich supersamochodów i służy do testów wszystkich nowo powstających pojazdów z bolidami F1 na czele.
FIFA 08
Już w pierwszym tygodniu sprzedano ponad milion kopii produkcji, w której w stosunku do poprzedniczki nie zmieniono nawet menu. Interfejs przeszedł tylko niewielki lifting, a poza obecnymi od dawna trybami: managerskim, szybkiego meczu i wyzwań, mamy nowe: zostań gwiazdą oraz gra formacją. Najbardziej rozbudowanym i pozwalającym na najdłuższą zabawę jest tryb managerski. Trzeba przyznać, że dzięki sporym możliwościom wpływania na działalność klubu jest on atrakcyjny. Pod warunkiem jednak, że nie graliście w poprzednią FIFĘ. Nie zmieniono tu bowiem niemal niczego, aby spełnianie życzeń zarządu, podpisywanie umów ze sponsorami, dbanie infrastrukturę klubu czy wyszukiwanie talentów ponownie dawało frajdę. Opcji związanych z drużyną jest sporo, bo można zmieniać formacje, podglądać rozwój młodych graczy i dokonywać transferów. Wszystko jest zaś na tyle proste, że doświadczenia z managerami są wręcz nie wskazane. Najlepsze jest jednak rozgrywanie meczów – konkretnie chodzi o możliwość ich pełnej symulacji. W takim wypadku zostaje podany wynik, a my nie tracimy czasu. Istnieje także opcja podglądu wydarzeń minuta po minucie (z możliwością interwencji w każdej chwili) oraz rozegranie całego spotkania. Wierzcie, że granie jest zabawne tylko przez kilka pierwszych spotkań. W trakcie sezonu szybko wpadamy w rutynę i przycisk „symulacja” jest wręcz zbawienny. Ogromny wpływ na taki stan rzeczy ma schematyczność komputerowego przeciwnika. Nuda przyjdzie jeszcze szybciej, jeśli obcowaliście z poprzednią edycją. Zmiany w rozgrywce są bardzo małe i zwycięstwa pojawią się z łatwością, gdy tylko rozgryziecie obronę i wypracujecie sobie jeden schemat.
Cinema Empire
Popcorn, cola i dwie godziny prawdziwej uczty dla zmysłów w klimatyzowanym pomieszczeniu – w skrócie: kino. Nic nie zastąpi uroku oglądania kolejnej części ulubionego filmu akcji, przy jednoczesnym akompaniamencie szeleszczących opakowań od chipsów oraz trafnych wtrąceń grupki dresów, rozbijających się dwa rzędy wyżej. Nie zastanawialiście się nigdy, kto tym wszystkim zarządza? W jaki sposób udaje się zarobić kokosy na produkcjach przyciągających po pięć osób na seans ? Odpowiedź spoczywa już na pólkach sklepowych i zwie się: Cinema Empire.
Najnowsza produkcja studia Donkey Games pozwala graczom wcielić się w postać nowego właściciela sieci kin. Zaczniemy biednie, zaledwie od jednego - wyposażonego w 14 calowy czarno-biały ekran - budynku, który odziedziczymy po rodzince. Wykupując najlepsze tytuły, wyposażając nasz mini barek w pierwszej wody popcorn i ruskie kaso-oszczędne automaty, szybko zarobimy prawdziwe kokosy. Frankliny przeznaczymy na rozbudowę multipleksowego imperium. Później pozostaje już tylko wyjazd na Majorkę i zasłużony odpoczynek... ale… wybiegam za daleko w przyszłość. Zanim zbijemy fortunę, przyjdzie nam się nieźle naorać, aby przyciągnąć widzów na nasze pluszowe fotele. Skorzystamy z dobrodziejstw marketingu, oddamy przysługi kontrahentom w zamian za drobne prowizje, a nawet zawalczymy o eksklusive’y wyświetlane tylko w naszej sieci. Tak w skrócie przedstawia się fabuła nowego tycoona, traktującego o biznesie będącym ostatnim ogniwem w łańcuchu produkcyjnym każdego obrazu.
Beijing 2008
Na pewno część z Was pamięta stare gry sportowe, które święciły triumfy jeszcze za czasów „ośmiobitowców” produkowanych przez firmy Commodore i Atari. Zabawa w nich polegała na maniakalnym uderzaniu dwóch przycisków (lub nie mniej maniakalnym machaniu joystickiem), a wszystko po to, aby dzielny zawodnik pędził jak szalony przed siebie. Pewnym, niejako ubocznym, skutkiem takiego stylu rozgrywki był fakt, że gracz się ewidentnie męczył.
Co pewien czas producenci powracają do owego dość specyficznego (jak również dość prymitywnego) stylu zabawy i prezentują nowe gry sportowe w starym „ubraniu”. Nadal uczestniczymy w podobnych konkurencjach i nadal uderzamy w guziczki na padzie lub w przyciski na klawiaturze. Zmienia się tylko oprawa graficzna. Dość podobnie jest w przypadku gry Pekin 2008, acz warto zwrócić uwagę, że firma Eurocom Entertainment Software bardzo postarała się, aby ich produkcja wyróżniała się spośród tego typu sportowych tytułów.
Epoka Lodowcowa 2: Odwilż
Jak to zwykle bywa, w parze z premierą filmu idzie gra na licencji. Tym razem jednak mamy do czynienia z produkcją naprawdę na wysokim poziomie.
Mowa oczywiście o Epoce Lodowcowej 2: Odwilż, która weszła na ekrany kin pod koniec kwietnia. Gra jest raczej luźno powiązana z filmem i absolutnie nie trzeba zaliczyć seansu, żeby się orientować w zabawie na ekranie monitora. Zwłaszcza że mamy tu wszystkich bohaterów pierwszej lodowcowej historii, których chyba każdy kojarzy - a więc Manfreda, wcielającego się w grze w rolę narratora, Sida, Diega i... wiewióra, który awansował na głównego hiroła. Fabuła jest ogólnie rzecz biorąc taka, jak w wersji kinowej – małymi krokami zbliża się wielka odwilż, więc przebywanie w otoczeniu tak wielkich ilości zamarzniętej wody może być niebezpieczne. Nasze zwierzaki muszą uciec tam, gdzie im nic nie grozi, a otoczenie okaże się bardziej przyjazne. Oczywiście po drodze czeka gracza mnóstwo skakania, wciągających zabaw, w których sporadycznie pokierujemy także Sidem i Diegiem, oraz węszenia, kopania dziurek w ziemi i dynamicznych bijatyk, bowiem wiewiór, jak wiadomo, gotów zabić za swojego orzeszka...
Battlefield: Bad Company
Już drugi raz stykamy się z sytuacją, w której odsłona rdzennie pecetowego cyklu pojawia się wyłącznie na konsolach. Po Modern Combat pojawia się długo wyczekiwane Bad Company, w którym twórcy próbują pokazać, że idea trybu conquest i skupienie się na rozgrywkach wieloosobowych nie musi być domeną serii Battlefield. Piszę „próbują”, ponieważ skutek jest taki, że multiplayer wprawdzie trzyma wysoki poziom, ale już kampania dla pojedynczego gracza woła o pomstę do nieba.
Trailery prezentujące klimat misji single player obiecywały interesującą fabułę okraszoną wybornym humorem. I tak rzeczywiście jest. Historia zaczyna się w momencie, gdy animowany przez nas żołnierz, Preston Marlowe, trafia do kompanii B (zwanej także Bad Company), w której armia skupia samych awanturników stających co chwilę przed sądem wojskowym. Przeznaczeniem tych żołnierzy jest naturalnie iść na wojnę w charakterze mięsa armatniego. Preston zostaje przydzielony do drużyny składającej się z samych ciekawych postaci – Haggarda (porywczy facet lubujący się w materiałach wybuchowych), Sweetwatera (typowy grzeczny chłopiec z amerykańskiego college’u) i sierżanta Redforda, starającego się, by wszystkie jego akcje zawsze trzymały się ustalonego planu.
Gorky 02: Aurora Watching
Cole’a Sullivana kojarzy już chyba każdy. Twardy komandos, można rzec - facet z jajami, który nikomu kto wejdzie mu w drogę nie popuszcza. Niestety, nawet takim twardzielom zdarza się czasami załamanie nerwowe i zaczynają sięgać do kieliszka. Nie inaczej stało się z Colem, który po wykonaniu swojego ostatniego zadania został odsunięty od służby i znalazł sobie nową przyjemność w życiu – picie. Ale każdy też zasługuje na druga szansę i czasami szczęście uśmiecha się do człowieka nim nie jest za późno. Właściwie powinienem napisać „szczęście w nieszczęściu”, ponieważ sytuacja, dla której postanowiono przywrócić Sullivana do czynnej służby, wcale nie jest za wesoła. Mianowicie na morzu Barentsa tonie w niewyjaśnionych okolicznościach rosyjska łódź podwodna. Natychmiast sprawa zaczyna być badana i na jaw wychodzi, że w okolicach katastrofy mieści się tajna baza wojskowa, której przeznaczenia nikt nie zna. Szybko okazuje się, że bazę tę zamieszkuje dobrze już znany z Gorky Zero Jacek Parecki, będący specjalistą w sprawach genetycznych, a przy tym niezwykłym szaleńcem. Oczywiste stało się, że ktoś musiał zbadać sprawę z bliska i w razie potrzeby zlikwidować zagrożenie.
LEGO Indiana Jones: The Original Adventures
Gry z serii LEGO są pełne sprzeczności. Z jednej strony, odwiedzamy świat stworzony niemal w całości z klocków dla dzieci i sterujemy małymi ludkami, które mają odpinane główki i nóżki. Z drugiej strony, gry z owej serii są posypane soczystym i bardzo specyficznym humorem, oferują masę dobrej zabawy i – mimo pozornej powtarzalności – nie nudzą się. Mieliśmy już okazję zwiedzić wersję LEGO uniwersum Gwiezdnych wojen, a teraz w klockowy świat wpada z hukiem na swoim biczu znany archeolog – Indiana Jones.
Ekipa z firmy Traveller’s Tales – po dokładnej analizie świata Gwiezdnych wojen – postanowiła, że trzeba zmienić piaskownicę i przenieść swoje klocki w inne miejsce. Padło na sympatycznego archeologa Indianę Jonesa. W LEGO Indiana Jones: The Original Adventures weźmiemy udział w trzech znanych z filmów przygodach w całości zbudowanych z klocków: wyruszymy na poszukiwania Zaginionej Arki, odwiedzimy Świątynię Zagłady, jak również obejrzymy wersję LEGO Ostatniej krucjaty.
Top Spin 3
Tenis to w gruncie rzeczy prosta dyscyplina sportu. Wystarczy przebijać żółtą kulkę paletką na drugą stronę boiska. Ot i cała filozofia. W teorii. Mechanika wydawanych w kolejnych latach gier poruszających tę tematykę sprowadzała się z reguły do...
...ganiania naszych wirtualnych przeciwników po przeciwległych narożnikach kortu. Swego rodzaju odświeżeniem tego skostniałego schematu był xboksowy Top Spin. Produkcja studia Power and Magic zjednała sobie zarówno recenzentów, jak i amatorów brudnych skarpetek oraz zerwanych naciągów, poszukujących bardziej wymagającej od skrajne zręcznościowej rozgrywki, oferowanej między innymi przez cykl Virtua Tennis. Choć wydana już na konsole obecnej generacji kontynuacja nie powtórzyła sukcesu poprzedniczki, nadal była to bardzo dobra, nastawiona w dużej mierze na symulację pozycja.
IL-2 Sturmovik: 1946
Marynarz z chorągiewkami w dłoniach zaczyna nimi energicznie wymachiwać. To znak, że nasz klucz może wreszcie wystartować z nagrzanego słońcem pokładu lotniskowca Akagi. Odsuwam do tyłu owiewkę kabiny swojego A6M2 Zeke. Na wypadek gdyby coś poszło nie tak i mój ptaszek przejawiłby przy starcie większą ochotę na popluskanie się w wodzie niż wzbicie się w powietrze - wówczas trzeba będzie szybko wydostać się z kokpitu. Podnoszę fotel, by podczas startu lepiej widzieć pokład pływającego lotniska. Kolejna czynność, którą muszę wykonać, to rozruch silnika – tutaj załatwiam to jednym klawiszem. Jednocześnie rozkładam końcówki skrzydeł swojej maszyny – głupio byłoby rozpaść się w powietrzu tuż po starcie, gdy z macierzystego lotniskowca wpatruje się w ciebie kilkaset par zazdrosnych skośnookich oczu. Płynnym ruchem dźwigni wypuszczam klapy do położenia bojowego. Tyle wystarczy do startu, bowiem naszym zadaniem jest dzisiaj osłona lotników, którzy dostali bilet tylko w jedną stronę (kamikadze), więc pod brzuchy samolotów eskorty nie podwieszono bomb zwiększających ciężar maszyn i tym samym pogarszających ich osiągi.
Europa Universalis III: In Nomine
Jednym z zarzutów, stawianych serii od momentu powstania, był brak wytycznych dla graczy. Otwarta struktura bardzo podobała się co prawda hardcorowym strategom, ale wpędzała w pewną konfuzję te osoby, które przywykły do modelu rozgrywki opartego na zadaniach. O ile na początku liczba malkontentów była niewielka, to od momentu uruchomienia GamersGate Europa Universalis zaczęła docierać do szerszego grona odbiorców, z których wielu wywodziło się z okazjonalnych graczy, nie zaś dedykowanych fanów. Twórcy postanowili wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich nowych klientów, jednocześnie nie psując zabawy hardcorowcom. Co najciekawsze, udało im się to. In Nomine wprowadza bowiem system misji i decyzji - innowacyjne rozwiązanie urozmaicające bardzo rozgrywkę.
Overclocked: A Story of Violence
Bezsprzecznie największą siłą Overclocked jest historia – mroczna, intrygująca, zastanawiająca (jak na thriller przystało), a przy tym zbudowana ze skrawków wspomnień. Nie bez znaczenia jest też sposób, w jaki nam ją podano, każąc równocześnie żyć sprawami zagubionego pośród własnych problemów osobistych doktora Davida McNamary i piątki jego pacjentów, przerażonych młodych ludzi z całkowitą amnezją. Dave ma dla mnie ten sam ujmujący urok, jaki posiada Zoe z Dreamfall. Bywa bezradny i przygnębiony, a równocześnie uparty, odważny, lojalny wobec osób, za które czuje się odpowiedzialny i twardo walczy do końca. Overclocked to jedna z tych gier, w których autentycznie (no, chyba że mamy wrażliwość nosorożca) przejmujemy się tym, co spotyka kierowaną przez nas postać. Cieszymy się wraz z nią, martwimy i boimy się razem z nią. Pamiętam moment, kiedy naszemu doktorkowi w zasadzie wali się już wszystko i na dodatek przyjaciel odmawia mu pomocy. Pamiętam autentyczną złość (moją własną osobistą) – miałam wielką ochotę przyłożyć temu takiemu owakiemu za ten obojętny ton i wypięcie się na człowieka w prawdziwej potrzebie.
Spore: Fabryka stworów
Jednym z najbardziej intrygujących elementów gry Spore miał być edytor stworzeń, które zamieszkiwałyby nasze uniwersum. Twórcy chwalili się, że dzięki zastosowaniu animacji proceduralnej każdy...
...nawet najbardziej wymyślny i powykręcany stworek, będzie świetnie animowany. Do tego prostota w tworzeniu wirtualnych poczwar miała przyciągnąć rzesze graczy, którzy wykazywaliby się swą kreatywnością i ukrytym potencjałem w tworzeniu czegoś z niczego.
Gran Turismo 5 Prologue
Gran Turismo... Magiczna nazwa, magiczne dwie litery na pudełku z grą, która sprawiła, że długo oszczędzałem pieniądze na szare PlayStation. Wystarczył jeden kontakt ze wspaniałymi pojazdami, rozsmakowanie się w ich tuningu oraz radość z objeżdżania konkurentów w coraz lepszych pojazdach. Później przyszła druga część legendarnego GT, a wraz z nim długie godziny przez telewizorem. Zdaję sobie sprawę, że zabrzmi to wręcz niemożliwie, ale na ekranie jednego z nich pojawiła się fluoryzująca poświata – dokładnie w miejscu, gdzie na najczęściej przebywał samochód w grze...
Gdy Sony ogłosiło rozpoczęcie prac nad Gran Turismo na PlayStation 2 błyskawicznie zapadła decyzja o rozpoczęciu oszczędzania gotówki... Polyphony Digital po raz kolejny spełniło obietnice, zaś kombinacja GT z kierownicą pracującą w standardzie Force Feedback przyczyniła się do wielu bezsennych nocy. Jeszcze większa euforia towarzyszyła pierwszemu odpaleniu GT4, które upłynęło pod hasłem: „więcej, mocniej, ładniej”.